Od razu uprzedzam, że nie mam najmniejszego pojęcia, czy producent rzeczywiście nazywa się Butterfly - to po prostu jedyne słowo, jakie umiem przeczytać na opakowaniu, przyjęłam więc na własny użytek, że jest to nazwa firmy.
O magicznym peelingu do stóp przeczytałam po raz pierwszy na blogu Azjatycki Cukier i strasznie się napaliłam, lubię takie ciekawostki. Na eBayu znalazłam wtedy tylko ten Butterfly, kliknęłam i niecierpliwie czekałam na przesyłkę z Tajwanu. Zapłaciłam ok. 39 PLN.
Uwaga: nie wolno używać w ciąży i na skaleczoną skórę!
W kartoniku upstrzonym egzotycznymi krzaczkami mieści się tajemniczy srebrzysty woreczek. Zero instrukcji w języku angielskim, na szczęście sprzedawca wszystko napisał na swojej aukcji. Woreczek rozcinamy...
I mamy produkt właściwy. Stopy trzeba umyć, osuszyć, foliowe "skarpetki" wypełnione tajemniczym płynem (roztwór kwasów, tyle wiem...) rozciąć w oznaczonym miejscu, nałożyć na stopy i zakleić dołączoną czerwoną naklejką. Spędzamy w tym kolejne dwie godziny - można chodzić, ale przypomina to chodzenie w kałuży i jest mało komfortowe. Następnie "skarpetki" zdejmujemy i wyrzucamy, znów myjemy stopy, osuszamy i smarujemy kremem nawilżającym.
Przez pierwsze dni nie dzieje się nic. Ja miałam odczucie "dziwnej" skóry stóp, była "nie moja" i dziwnie chrzęściła w czasie zginania stóp :D
Na aukcji zalecono po czterech dniach od zabiegu wymoczyć stopy, zastosowałam się do tej rady i kolejnego dnia naskórek zaczął się oddzielać. Największy efekt był w miejscach najbardziej zgrubiałych - u mnie na piętach i w tej środkowej części tuż pod palcami.
Teraz pokażę zdjęcia, więc resztę wpisu ukrywam - jeśli ktoś nie chce na to patrzeć, niech nie wchodzi dalej; a ciekawi działania peelingu i ci, dla których naturalia non sunt turpia, mogą śmiało kliknąć "czytaj więcej".