Being a woman is worse than being a farmer - there is so much harvesting and crop spraying to be done: legs to be waxed, underarms shaved, eyebrows plucked, feet pumiced, skin exfoliated and moisturized, spots cleansed, roots dyed, eyelashes tinted, nails filed, cellulite massaged, stomach muscles exercised. The whole performance is so highly tuned you only need to neglect it for a few days for the whole thing to go to seed.
Helen Fielding "Bridget Jones's Diary"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virtual. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virtual. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 sierpnia 2012

czwartek, 9 lutego 2012

Catrice - Lucky In Lilac

Spośród dziesięciu lakierów Catrice, jakie mam, pięć jest aktualnie wycofywanych :) Między innymi właśnie ten - nr 130 Lucky In Lilac. Nakłada się świetnie, na zdjęciu dwie warstwy.


Porównałam go z Virtual Lilac Wine, prezentowanym przeze mnie tutaj. Catrice jest minimalnie jaśniejszy i ma więcej różowych tonów, Virtual - nieco więcej niebieskich. Wolę Lilac Wine :) No i czas chyba znowu ustawić lakiery kolorami (teraz stoją pogrupowane firmami) - zaczynają mi się dublować odcienie.
Od wskazującego kolejno Catrice-Virtual-Catrice-Virtual.


wtorek, 24 stycznia 2012

Virtual - City Gray

Jestem ostatnio dość zdołowana, humor poprawia mi głównie serial "The Big Bang Theory", który parę dni temu zaczęłam w końcu oglądać. Dlatego dziś znowu szarość - z serii Virtual Street Fashion. Dwie warstwy, wygodnym pędzelkiem maluje się bardzo przyjemnie. Szczerze mówiąc, myślałam, że w nazwie jest literówka, ale potem się dokształciłam i wiem już, że "gray" to szary w amerykańskim angielskim, a "grey" - w brytyjskim.

wtorek, 13 grudnia 2011

Virtual - Lilac Wine + trochę osobistych wynurzeń muzycznych :)

Miałam kiedyś fajnego kumpla, z którym świetnie rozmawiało mi się na tematy muzyczne (i nie tylko) i z którym zdarzało mi się chadzać na rozmaite koncerty (ach, to były czasy... już nigdy nie powtórzą się urodziny Pidżamy Porno...)
W każdym razie kiedy ja marudziłam niezmiennie na temat Nicka Cave'a, kumpel nieodmiennie powtarzał nazwisko nieznanego mi kompletnie faceta, przy czym mówił jakie to mam szczęście że przypuszczalnie dane mi będzie jeszcze iść na jakiś koncert mojego muzycznego Boga (czyli Nicka), podczas gdy on już nie ma najmniejszej szansy usłyszeć na żywo swojego Boga czyli owego nieznanego mi faceta. Facet nazywał się Jeff Buckley i kompletnie nic mi to nie mówiło.
Kumpel obiecywał skopiować swoje płyty i mi przynieść, jednocześnie surowo zabraniając słuchać tej muzyki w formacie mp3, ja grzecznie się posłuchałam zakazu i spokojnie czekałam na obiecane płyty, zresztą miałam pełno innej muzyki. I tak minęło wiele miesięcy, możliwe że około dwóch lat :) już nie pamiętam dokładnie. W lutym 2005 dostałam płytę "Grace", wróciłam do domu, usiadłam przy komputerze zamierzając marnować czas w internecie, włożyłam płytę do wieży. I tu po prostu zacytuję fragment mojego dziękczynnego e-maila do kumpla: "Nie wiem co kurwa napisać, czy przeklinać cię że tak długo czekałam na tę płytę czy padać przed tobą na kolana że w ogóle dzięki tobie ją poznałam.Na razie słucham drugi raz Grace i aż mi głupio tak obnażać swoje emocje, ale fuck...jaki ten facet miał głos...jak anioł (...) 
po 10 sekundach muzyki przestałam robić cokolwiek, zaczęłam wyłącznie słuchać...
No i przez jakiś czas nie będę mogła słuchać niczego innego, a jak słucham tego to w ogóle nic nie mogę robić, po prostu leżę sobie i słucham, momentami mam dreszcze i gęsią skórkę i chce mi się
płakać, ale oczy mam suche...płacze moja dusza bo ta muzyka do niej przemawia."
Kumpel stwierdził, że mój opis to kwintesencja Jeffa, ja od tamtego czasu próbowałam zarazić parę znajomych osób tą muzyką ale bez powodzenia. 
A dlaczego o tym piszę na kosmetycznym/głównie lakierowym blogu? Z powodu lakieru Virtual Street Fashion nr 102 - Lilac Wine. Kupowałam go przez internet razem z opisywanymi już Joko. Owszem, nie miałam takiego odcienia fioletu, ale głównym powodem była nazwa, ponieważ jest to tytuł jednego z piękniejszych utworów na tej płycie. Na zdjęciach dwie warstwy lakieru, a na koniec wspomniana piosenka.